Przyćmiona przez Mediolan perła Lombardii

Gdzieś, ktoś mimochodem rzucił nazwę Mantova. Że był, że ładnie, że niedaleko, zostało w pamięci, ale nigdy nawet nie pofatygowałąm się, aby przeczytać coś więcej. W kolejny dzień poegzaminowej laby, zdecydowałyśmy, jedziemy jutro.

W Mediolanie od paru dni leży śnieg, a to przecież w tamtą stronę. Dodatkowo miasto otaczają trzy jeziora. Będzie zimno, pomyślałyśmy, ale według ilmeteo.it o 16:00 miało pojawić się nawet trochę Słońca. Szalę jak zwykle przeważyła odległość i cena biletu. To tylko 46 min albo jak kto woli 3,75 Euro stąd.

Mantova, po polsku Mantua to miejsce gdzie rozgrywały się drugoplanowe sceny ,,Romea i Julii”. Mimo, że to już inny region – Lombardia, to naprawdę niedaleko, a z każdą następną minutą w pociągu, dowiadywałyśmy się czegoś nowego!

Po wyjściu z dworca, miasto nie wyglądało zachęcająco, szczególnie, że znaku Citta Vecchia (Stare miasto), bądź Centro Storico brak. Kto pyta, nie błądzi, więc zaczepiłyśmy przechodniów chcąc jak najszybciej dostać się do centrum na kawę – przecież była dopiero 13:00 – wczesny ranek dla studenta. Poradzono nam wsiąść do akurat nadjeżdżającego autobusu CC – Circonda Citta (okrążający miasto). Po jednym przystanku ulice zaczęły wyglądać powiedzmy lepiej, więc wysiadłyśmy tuż przed uroczą kawiarnią Pettit Caffe i mimo ciągłego braku znaków, obrałyśmy drogę wyglądającą na prowadzącą do centrum.

piazza erbe
Piazza delle Erbe – plac o takiej samej nazwie jak ten w Weronie i Padwie. Erbe – z wł. zioła, kiedyś sprzedawano je na głównych placach włoskich miast, razem ze świeżymi warzywami, do dziś więc często główny plac nosi tę nazwę. 

Ulica usiana arkadami i typowymi włoskimi kamieniczkami doprowadziła nas do placu wyglądającego na zabytkowy z uroczą pizzerią przystrojoną kwiatami. Niby miałam w torbie przewodnik Michelin, zahaczyłyśmy też o informację turystyczną, ale nie bardzo wiedziałyśmy w sumie czego chcemy. Zaczęłyśmy wiec po prostu, od początku.

san lorenzo
Rotonda di San Lorenzo poszła na pierwszy ogień. Okrągły Kościół z XI wieku, zatem dość stary. Wnętrze surowe, udekorowane freskami bizantyjskimi.

Tuż obok Kościoła, Torre dell’Orologio (wieża zegarowa). Zdecydowałyśmy się wejść na górę, aby zobaczyć miasto z innej perspektywy i zdecydować, w którą stronę zmierzać. O dziwo wieża kryła nie tylko taras widokowy, ale także wystawę zdjęć z odbudowy miasta po trzęsieniu Ziemi (tym samym, które dotknęło Modenę w 2012). Pierwszy raz we Włoszech miałam okazję wyjąć swoją legitymacje studenta Uniwersytetu w Weronie, bo miejsce przewiduje zniżki dla studentów. Droga na więżę też nie była byle jaka, każde piętro i półpięterko odkrywało kolejne elementy budowy i mechanizmy zegara, w końcu to wieża zegarowa. Na górze jeszcze zimniej niż na dole, ale za to widok – bezcenny. Od razu wiedziałyśmy gdzie trzeba iść dalej, więc zaraz po wyjściu z wieży poszłyśmy na Piazza Sordello, gdzie poza Duomo (katerdą) znajduje się Palazzo Ducale (Pałac książęcy) a konkretnie jedna z jego wielu części Palazzo del Capitano.

No i tu zupełnie niespodziewanie i niezamierzenie spędziłyśmy większość naszego dnia w Mantui. Znowu zniżka dla studentów, ciepłe wnętrze i trzy gwiazdki Michelin. Pałac o powierzchni 34 tys m2, z 500 pokojami, a w środku więcej niż można było się spodziewać. Każda następna komnata odkrywała coś nowego, innego, superładnego!

Pałac w czasach swojej świetności był największym w Europie, a zamieszkiwali go chyba naprawdę wszyscy, łącznie z polską królowa (księżniczką mantuańską) Ludwiką Marią Gonzagą.

Poza malowidłami Domenico Morone (werończyk swoją drogą), które dla koneserów sztuki zdecydowanie wygrywają, na miano wartych uwagi zasługiwały: Sala degli specchi (galeria lustrzana), Camera degli Sposi (miejsce rejestrowania ślubów), arrasy, rzeźby i sufity…

sale
Po lewej stronie Sala degli Sposi ze słynnymi freskami Andrea Mantegna, po prawej Komntata luster, w której odbywały się koncerty i bale. Na dole freski przedstawiające rycerzy z Okrągłęgo Stołu.
sufity
Skrupulatnie w każdej sali wykrzywiałam się, aby zrobić zdjęcie właśnie sufitu gdyż w żadnej z komnat nie powtórzył się taki sam motyw!

Po wyjściu z Pałacu, bez sił, dotarłyśmy jeszcze nad Jezioro, gdzie wiało jednak zbyt mocno, aby przejść się wzdłuż brzegu. W drodze powrotnej wpadłyśmy jeszcze do Casa del Rigoletto – domek, w który był miejscem akcji opery Verdiego ,,Rigoletto” oraz Bazylikę świętego Andrzeja, w której przechowywana jest krew Chrystusa. Jak ktoś powie wam, że jeden dzień na Mantue zdecydowanie wystarczy, nie wierzcie im! No chyba, że pominiecie wizytę w Palazzo Ducale, co zdecydowanie będzie grzechem. Myślę, że prędko tam nie wrócę, bo przed nami inne kierunki, ale druga część Mantui także zasługuje na uwagę. Kolejne pałace, zamki i ogrody…, a to wszystko w tak mało znanym lombardzkim miasteczku, które żyje swoim spokojnym, ale artystycznym rytmem, w cieniu wielkiego i nowoczesnego Mediolanu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s